This post is part of a series called Zimowe Bieszczady 2018
Show More Posts
- W drodze ku połoninom
- Wietrzny Smerek (1222 m n.p.m.)
- Najwyższy szczyt Bieszczad – Tarnica (1346 m n.p.m.)
Pobudka wcześnie rano, jak na sobotę. O 7.45 jesteśmy gotowi do wyjścia. Najpierw czeka nas jednak polowanie na śniadanie, albowiem dnia poprzedniego okazało się, że nasz gościniec serwuje śniadania tylko w sezonie letnim. Pigułkę goryczy przełknęliśmy szybko, ponieważ zaraz pojawiło się rozwiązanie w postaci karczmy u Pawła Nie Całkiem Świętego, gdzie biesiadowaliśmy przy suto zastawionym bufecie śniadaniowym. A czego tam nie było … gofry, pączki, jaja, kiełbasy, grzyby. Mniam 🙂
O 9.15 ruszamy w trasę. Plan zakładał wejście na Smerek czerwonym szlakiem, by następnie przejść Połoniną Wetlińską do Schroniska Chatka Puchatka, skąd z kolei mieliśmy zejść do Brzegów Górnych. Szacowany czas ok. 5-6 godzin. Trzeba dodać, że czas kalkulowany jest jednak dla letnich trekingów. Tymczasem my zastajemy tu zimę w pełni, choć zgodnie z prognozą miało jej nie być, a przynajmniej nie w takim wymiarze.
Krajobraz zimowego lasu jakby żywcem przenosi nas do zimowej Narni. Oszronione drzewa, połać lasu ośnieżona i nietknięta stopą ludzką ani zwierzęcą, wszechogarniająca cisza, którą zakłóca tylko własny, na podejściach przyspieszony, oddech. Jestem oszołomiona i zachwycona. Uśmiech nie schodzi mi z ust. Choć bark dokucza okrutnie, druty w łokciu marzną, i niekiedy brakuje tchu, to jednak właśnie tu jestem szczęśliwa.
Po wyjściu za granicę lasu czeka na nas zmarzły śnieg, w którym stopy zapadają się po kolana, wiatr i dużo niższa temperatura. Ale słońce, które nagle rozświetla ponury i zamglony krajobraz wynagradza trudy tej zimowej wycieczki. Zakładamy na siebie wszystko co mamy i rozpoczynamy ostatnie podejście pod Smerek. Jest stromo i śnieżnie, w związku z czym nasze buty bez raków trochę się ślizgają, a do tego śnieżna kurniawa dotkliwie tnąca odsłonięte części ciała. Taka jest nasza droga na szczyt.
A na szczycie zmiana planów, która chodziła po głowach nas wszystkich. Spacer granią w tych warunkach jest w istocie tylko walką z zimnem, wiatrem i samym sobą, a i czas nie działa na naszą korzyść. Podejście zajęło nam godzinę dłużej, dlatego też postanawiamy zejść czerwonym szlakiem do Przełęczy Orłowskiego, by stamtąd iść dalej żółtym szlakiem do Wetliny. Gdy weszliśmy w las, zrobiło się od razu ciszej i cieplej, choć i tak dłonie zamarzały po chwilowym ściągnięciu rękawiczek. Po około pół godziny od wejścia w las zrobiliśmy sobie chwilę przerwy. W ruch poszło wszystko. Piersiówki wypełnione rozmaitymi pysznościami, herbata, orzechy, kabanosy i mleko w tubce jako ostateczne narzędzie w walce z głodem i brakiem energii.
Gdy zeszliśmy do Wetliny, zameldowaliśmy się w tej samej restauracji co rano. Na pierwszy ogień poszło grzane wino, dopiero potem jedzenie. Ciepło, jedzenie i zmęczenie zaczęło robić swoje. Gdybyśmy mogli, to znaczy gdyby były tam warunki, z pewnością wszyscy zaleglibyśmy. A tak, zrobiliśmy to dopiero w pokoju, zaraz po … zimnym prysznicu 🙁 Wieczorkiem tymczasem rozgrzaliśmy się Grzańcem Galicyjskim i grą w Tajniaków. O 21.30 byliśmy w łóżkach 🙂





























