Niektóre marzenia mają temperaturę poniżej zera
Był rok 2017, kiedy po raz pierwszy stanęłam nad brzegiem islandzkiej laguny lodowcowej Jökulsárlón. Pamiętam ten moment doskonale. Błękitne góry lodowe, niespiesznie dryfujące po wodzie i krajobraz, który wydawał się pochodzić z zupełnie innej planety. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Nie tylko moja, mamy chyba również!
Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że ten jeden widok na dobre zmieni podróżnicze kierunki. Że zamiast szukać słońca i ciepłych plaż, coraz częściej będę wypatrywać na mapie miejsc, w których temperatura spada poniżej zera, a lód przybiera najbardziej fantazyjne kształty. Potem była dwie Grenlandie, Svalbard, północna Norwegia, Laponia i kolejne powroty na Islandie. Każda z tych podróży tylko utwierdzała mnie w przekonaniu, że w surowych, polarnych krajobrazach jest coś absolutnie magicznego. Coś, czego nie potrafię do końca wytłumaczyć, ale co nieustannie każe mi wracać tam, gdzie jest lód. Antarktyda stała się więc naturalnym domknięciem cyklu lodowego.
Trzy osoby, dwa marzenia i siódmy kontynent
Co ciekawe, pomysł podróży na Antarktydę narodził się kilka lat temu niezależnie w dwóch głowach. W mojej – jako konsekwencja wieloletniej fascynacji lodem. W głowie naszej przyjaciółki Mirki – jako pomysł na wyjątkowe uczczenie pięćdziesiątych urodzin. Antarktyda miała być jej siódmym kontynentem. Trudno wyobrazić sobie piękniejszy sposób na zamknięcie pewnego etapu życia i rozpoczęcie kolejnego. A Fibak? Do dzisiaj nie wiemy, w którym dokładnie momencie znalazł się w tym planie. Może wtedy, kiedy wróciła mu pasja fotograficzna, może podczas kolejnych wypraw gdy zaczął z ogromnym zaangażowaniem fotografować wieloryby? A może po prostu po latach mojego skutecznego dominowania w wyborze kierunków wakacyjnych sam odkrył, że góry lodowe potrafią być równie fascynujące jak dla mnie? Nie rozstrzygniemy tego 🙂 Fakt jest taki, że na Antarktydę płyniemy w trójkę. Każde z nas z nieco inną historią, ale z tym samym marzeniem – postawić stopę na siódmym kontynencie.
Najpierw trzeba pokonać Drake’a
14 listopada wyruszamy z Warszawy. Przez Amsterdam i Buenos Aires dotrzemy do Ushuaia, argentyńskiego miasta na krańcu Ziemi Ognistej, nazywanego często końcem świata. I właśnie tam, 22 listopada, wejdziemy na pokład statku ekspedycyjnego Victory, który zabierze nas w kierunku Półwyspu Antarktycznego.
Po drodze czeka nas przeprawa przez legendarną Cieśninę Drake’a, na południe od Przylądka Horn. I tu kończy się romantyczna część opowieści, a zaczyna ta nieco bardziej emocjonująca. Cieśnina Drake’a nie bez powodu ma reputację jednego z najbardziej niespokojnych akwenów na świecie. To właśnie na tych szerokościach geograficznych królują słynne ryczące czterdziestki, wyjące pięćdziesiątki i wrzeszczące sześćdziesiątki. Potężne zachodnie wiatry mogą bez większych przeszkód okrążać kulę ziemską, rozpędzając ocean do imponujących rozmiarów. Przed nami jedna z dwóch wersji tej samej przygody. Drake Lake – kiedy ocean jest łaskawy, a przeprawa przypomina spokojny rejs. Albo Drake Shake – kiedy statek pokazuje, do czego został zaprojektowany, a pasażerowie zaczynają doceniać wynalazek leków na chorobę morską. Fale mogą mieć dwa metry. Mogą też, w ekstremalnych warunkach, osiągać kilkanaście, a nawet dwadzieścia metrów.
Który wariant przypadnie nam w udziale? Przekonamy się za kilka tygodni. Na razie chęć postawienia stopy na Antarktydzie zdecydowanie wygrywa ze strachem przed legendarną przeprawą. Choć podejrzewam, że gdzieś na środku Drake’a proporcje tych emocji mogą się chwilowo zmienić.
Marzenia kosztują. Szczególnie te polarne
Nie będę udawać, że wyprawa na Antarktydę to spontaniczny pomysł na przedłużony weekend. To jedna z tych podróży, do których trzeba się przygotować nie tylko mentalnie i organizacyjnie, ale przede wszystkim finansowo. Koszt takiej ekspedycji jest naprawdę wysoki, szczególnie kiedy przemnoży się go przez liczbę uczestników i doda wszystkie pozostałe elementy podróży. Przygotowywaliśmy się do niej długo. Na szczęście konsekwencja w oszczędzaniu zawsze była jedną z moich mocniejszych stron. Kiedy mam jasno określony cel, potrafię cierpliwie do niego dążyć. Nawet jeśli realizacja wymaga kilku lat. I tym razem się udało.
Po wielu godzinach researchu, porównywania statków, tras, terminów i operatorów zdecydowaliśmy się na zakup wyprawy bezpośrednio w Polar Latitudes Expeditions. Przekonały nas procedury bezpieczeństwa, nowoczesne statki ekspedycyjne, sposób organizacji wyprawy oraz optymalny dla nas czas jej trwania. Bo choć najchętniej spędzilibyśmy na końcu świata znacznie więcej czasu, rzeczywistość ma swoje ograniczenia. Praca, obowiązki, dom i całe życie, które trzeba na chwilę zostawić za sobą.
Dwa tygodnie do startu. Zaczyna się przedpodróżnicze szaleństwo
Na dwa tygodnie przed wylotem emocje zaczynają rosnąć w tempie, którego nie dajemy rady już ignorować. Wchodzimy właśnie w ten dobrze znany etap przygotowań, kiedy mieszkanie stopniowo zamienia się w magazyn sprzętu podróżniczego. Trzeba coś dokupić. Coś sprawdzić. Coś przymierzyć. Przeczytać kolejne zalecenia operatora. Skonsultować sprzęt fotograficzny. Zastanowić się, ile warstw odzieży naprawdę potrzebujemy i czy na pewno zmieścimy wszystko do bagażu. Do tego dochodzi planowanie zdjęć, filmów, kajaków, spotkań z pingwinami i wielorybami oraz całej listy doświadczeń, które chcielibyśmy przywieźć z tej podróży. Marzy mi się noc spędzona na antarktycznym śniegu, pod otwartym niebem. Chciałabym popłynąć kajakiem pomiędzy górami lodowymi, usłyszeć odgłos pękającego lodowca i zobaczyć pingwiny w ich naturalnym środowisku. Oczywiście przyroda, pogoda i warunki lodowe będą miały ostatnie słowo.
Jest tylko jedna łyżka dziegciu
W całej tej narastającej eksplozji radości jest jednak coś, co nie daje nam pełnego spokoju. Dziubelki. Nasze trzy ukochane, kudłate teriery, które na co dzień skutecznie organizują nam życie, zajmują kanapy, łóżka i znaczną część przestrzeni osobistej – zostawiamy je na niemal miesiąc. Oczywiście będą w najlepszych możliwych rękach. Mamy pełne zaufanie do opieki, którą im zapewniliśmy. Wiemy, że niczego im nie zabraknie. Ale będą poza zasięgiem naszych oczu, rąk i kanapy 🙂 I choć brzmi to może nieco absurdalnie w kontekście podróży na drugi koniec świata, to oboje wiemy, że to właśnie za nimi będziemy tęsknić najbardziej. Bo można marzyć o najdalszych zakątkach planety, a jednocześnie mieć ogromny problem z opuszczeniem tych kilku metrów kwadratowych łóżka, na których wieczorem układa się całe nasze kudłate stado.
A potem Patagonia
Antarktyda będzie głównym bohaterem tej wyprawy, ale nie jedynym. Po powrocie z rejsu zostaniemy jeszcze w Argentynie, żeby odkrywać Patagonię. Przed nami El Calafate, El Chaltén, Perito Moreno, trekkingi w jednym z najbardziej spektakularnych regionów Ameryki Południowej, z widokiem na Cerro Torre i Fita Roy. To będzie zupełnie inna odsłona tej samej fascynacji – lodem, przestrzenią i krajobrazami, w których człowiek czuje się naprawdę niewielki.
Ale o Patagonii przyjdzie jeszcze czas opowiedzieć. Na razie wszystkie myśli krążą wokół Antarktydy. Wokół tego pierwszego widoku białego kontynentu wyłaniającego się zza horyzontu. Wokół chwili, kiedy po raz pierwszy zejdziemy na ląd. Wokół świadomości, że dotrzemy do miejsca, które przez tak wiele lat istniało wyłącznie w naszych marzeniach, które powstawały, gdy czytaliśmy historię Amundsena, składaliśmy z LEGO Endurance Shackeltona czy zwiedziliśmy w Dundee Discovery Scotta.
Za dwa tygodnie ruszamy na koniec świata.
Nie wiemy jeszcze, czy Drake nas ukołysze, czy porządnie wytrzęsie. Nie wiemy, ile zobaczymy pingwinów, czy spotkamy wieloryby i czy pogoda pozwoli zrealizować wszystkie plany. Wiemy tylko, że będzie to jedna z najważniejszych podróży naszego życia, którą będziemy opisywać.






