Najczęściej w podróży mam plan. Naprawdę dobry plan. A potem rzeczywistość mówi: „spokojnie, ja to ogarnę po swojemu”. I tak właśnie trochę było!
Zaczęliśmy od miasta Mdina. Od wejścia wiedziałam, że to miasto ma szansę zostać w mojej głowie na dłużej. Jest w nim coś niesamowicie spokojnego. Puste wąskie uliczki, domy, o których zamieszkaniu świadczą tabliczki „respect the residents”. I cisza jakby ktoś wyciszył świat.
Przeszliśmy przez Mdina Gate – tę samą, która w serialu Gra o Tron grała wejście do Królewskiej Przystani. Dzięki bogu, nie spotkałyśmy Cercei … mogłaby nie przeżyć spotkania z naszą babską trójką 🙂
Najpiękniejsze w Mdinie było to, że kompletnie się tam zgubiliśmy. I to było cudowne. Bez mapy, bez sprawdzania „co jeszcze zobaczyć”, bez odhaczania punktów. Po prostu skręt w lewo, potem w prawo, potem jeszcze gdzieś, gdzie wyglądało ładnie. I nagle okazywało się, że trafiamy w jakieś totalnie magiczne miejsce, gdzie dodatkowo serwowali aperola z pięknym widokiem na okolice. Słońce, wiatr, wróbelki, które czekały na okruszki z ciastka … i takie uczucie, że dokładnie o to chodziło w tym wyjeździe.
Dalej w planie był Rabat i katakumby św. Agaty, ale … nie znaleźliśmy miejsca do zaparkowania samochodu. Ani bezpośrednio przy, ani w racjonalnym promieniu, dlatego zamiast cisnąć plan na siłę, pojechaliśmy do Buskett Gardens (Woodlands). I choć dla nas, rozpuszczonych bliskością prawdziwego lasu,to raczej „park” niż „las”, to spacer był przyjemny i pachnący mandarynkami, których drzewa rosły szpalerem wzdłuż głównej ścieżki. Nie wszystko musi być wow, byśmy byli zadowoleni i dobrze się bawili.
Następnie spontanicznie zdecydowaliśmy, że jedziemy trochę dalej niż 6km i 11 minut 🙂 Blata tal-Meh, na samym krańcu wyspy, gdzie miały być piękne klify. W praktyce – prywatne działki, zakazy wstępu, zawracanie i lekkie błądzenie. Ale jak już się udało znaleźć właściwy trawers … to był faktyczny efekt wow. Klify, turkus morza, fale rozbijające się o skały, choć już nie z taką intensywnością jak wczoraj. Warto było się zatrzymać na tę chwilę, i pomyśleć o Irlandii. Kto wie, może to będzie nasza następna wspólna destynacja …
Kolejny przystanek to Dingli Cliffs, z charakterystyczną kapliczką Marii Magdaleny stojącą na krawędzi klifu. Miejsce ma moc przyciągania ludzi, zwłaszcza że ponoć tutaj dzieją się najpiękniejsze na Malcie zachody słońca. Podejmiemy próbę sprawdzenia tego kilka godzin później, niemniej słońce nie będzie dla nas łaskawe i schowawszy się za chmurami, nie pokaże nic spektakularnego, co byłoby warte przechowania dłużej w pamięci.
Po drodze zatrzymałyśmy się jeszcze przy Mosta Dome. Przewodniki wskazują to miejsce jako warte odwiedzenia ze względu na piękną kopułę. Tymczasem za piękną kopułą kryje się historia – podczas wojny, w kwietniu 1942 roku, bomba wpadła do środka… i nie wybuchła. W środku było kilkaset osób. Dla nich to był cud. A to jak wojna była tam blisko świadczą schrony przeciwbombowe, wejście do których jest tuż obok wejścia do kościoła. Zwiedzanie samego kościoła nie było standardowe, albowiem turystyczna ścieżka wiodła przez 72 schody wieży wyprowadzające na balkon, z którego doskonale było widać miejsce, przez które wpadła bomba. Następnie prowadziła przez zaplecze kościoła zmienione w muzeum, gdzie owa bomba leżała.
Malta mnie bardzo pozytywnie zaskoczyła. Nie tym, że jest nieskandynawską destynacją, do której chciałabym wrócić. Więc czym? Miastami twierdzami, z których każde podobne a jednak trochę inne, tym uroczym nieuporządkowaniem, w którym można odnaleźć spokój, ilością architektonicznych pozostałości w postaci kamiennych murków, bram czy ścian, językiem maltańskim, któremu bliżej do arabskiego niż włoskiego, czy wreszcie tym, że wszechwiedzący Google bywa tu zawodny.
Malta jest zapraszająca na każdym kroku. Zieleń tarasów na wyspie z permanentnym deficytem wody, kolor kwiatów, które wyrastają w skalnych bądź piaskowych szczelinach, wiatr wybrzeża wbijający sól morską we włosy i skórę, cienie średniowiecznych uliczek, po których chce się poszwendać, i pyszne maltańskie chardonnay (nie, nie pomyliłam się w nazwie wina).
Natomiast, obok achów i ochów, są aspekty, które mogą być tu wyzwaniem. Jak jeżdżenie autem, przy czym ruch lewostronny to najmniejszy z problemów (piszę to ja, która niechętnie odważyłabym się prowadzić auto z kierownicą po tej drugiej lewej stronie). Drogi są piekielnie wąskie i otoczone kamiennymi murami na wysokość 100-120 cm, krawężniki wysokie, więc naprawdę nietrudno tu stuknąć, puknąć, zarysować czy znaleźć się w miejscu, w którym ciężko minąć się z drugim autem. A maltańscy kierowcy nie ułatwiają życia turystom, zajmując środek drogi. Dlatego chapeau-bas dla naszego kierowcy Łukasza, który dawał radę mimo naszych sapań, upomnień, wzdechnięć czy nerwowego szarpania za rączkę przy drzwiach. I tylko na stacji benzynowej człowiek się uśmiecha jeżdżąc hybrydą i tankując E95 za 1,49 euro 🙂
Fibaczku, zrobiłam rekonesans i mam dwa wnioski: Twój teść się nie mylił w zachwycie nad Maltą i warto, byś tu przyjechał 🙂






