Są takie marzenia, które dojrzewają powoli. Dziesięć lat temu, gdzieś między kolejnymi podróżami, rozmowami z przyjaciółmi i robieniem planów, powiedzieliśmy sobie: kiedyś pojedziemy zobaczyć orki w Norwegii. I to „kiedyś” wreszcie nadeszło – w Tromsø.
Prognozy pogody nie były obiecujące – limit szczęścia wyczerpał poprzedni tydzień, kiedy to na niebie codziennie szalała zorza polarna, a w fiordach rozpanoszyły się wieloryby i orki. Wiatr, deszcz ze śniegiem, chmury – klasyczna północ. Ale tego dnia wszystko ułożyło się jak w najlepszym scenariuszu: słońce przebiło się przez chmury, na niebie pojawiła się tęcza, mróz lekko szczypał w policzki, a fiord lśnił jak lustro, tylko trochę smagany wiatrem.
Zabraliśmy się w rejs z Arctic Whale Tour, ekipą, która z ogromnym szacunkiem podchodzi do zwierząt i natury. Płynęli spokojnie, nie zbliżając się zbyt blisko, pozwalając orkom zdecydować, czy i na ile chcą się zbliżyć. I może właśnie dlatego mieliśmy szczęście zobaczyć tak wiele.
Bo niestety, na fiordzie pojawiały się też speedboaty, które podpływały zbyt blisko – płosząc zwierzęta albo zwyczajnie je denerwując. Patrzyło się na to z żalem, bo przecież nie o takie spotkania z naturą chodzi.
A my mieliśmy naprawdę wyjątkowy dzień: trzy stada orek, największe liczące około piętnastu osobników, w tym młode. W pewnym momencie wynurzyły się tak blisko, że słychać było ich oddech
To był dzień, w którym Tromsø dało nam więcej, niż się spodziewaliśmy – słońce, tęczę, lekki przymrozek, i ten moment, kiedy patrzysz na coś absolutnie wyjątkowego – orkę w jej naturalnym środowisku.






