- Grenlandia – pierwszy kontakt
- Przez grenlandzką tundrę
- Grenlandzki koniec świata
- Sisimiut
- Ilulissat – stolica gór lodowych
- Grenlandzki creme de la creme
Ostatni dzień grenlandzkich aktywności spędzamy na blisko 20 kilometrowym trekingu, od Ilulissat do Oquaatsut. Treking jest piękny, bo bardzo różnorodny. Od tatrzańskich granitów, przez islandzkie kaniony, po grenlandzką tundrę z widokiem na góry lodowe Zatoki Disko. Pogoda też nam sprzyja, choć na początku, kiedy nie było jeszcze słoneczka, było zimno.
Pierwsze trzy kilometry – to był w zasadzie spacer wzdłuż budowy nowego lotniska. Ma ono powstać w listopadzie 2026 roku i oferować bezpośrednie destynacje z Kopenhagi, a chwilę później zapewne z innych europejskich stolic. Z jednej strony napędzi to turystykę i zaoferuje nowe miejsca pracy dla Grenlandczyków, z drugiej rozpędzona turystyka zadeptuje takie miejsca.
Naszym celem dzisiaj jest Oquaatsut, rybacka wioska, w której specjalizują się w polowaniach na wieloryby, choć te nie są już dzisiaj tak popularne. Grenlandia ma roczny limit 7 humbaków i 15 narwali na cały kraj i działa to na zasadzie kto pierwszy ten lepszy. Wygląda na to więc, że łowią tylko tyle ile potrzebne jest do wyżywienia 55 tysięcy mieszkańców. Zapewne posiłkują się poławianiem ryb i fok, ale populacja wielorybów wszelkiej maści ma się dzięki temu dość dobrze.
Wisienką na trekkingowym torcie miała być wizyta w chacie kolejnego „Svena”, gdzie wizualizowaliśmy siebie z piwkiem w ręku i z widokiem na fiord. Niestety nasz właściciel pomylił dni i nie dojechał, przez co raczyliśmy się cienką kawą i widokiem na grenlandzkie psy w porze karmienia. Sucha karma rzucana na ziemię, błoto, w kałużę, kto lepszy ten więcej zje. Ten widok łamie nasze serca.
W końcu jednak właściciel przypływa po nas, serwuje nam obiecane piwko, po czym odpływamy w kierunku Ilulissat. Krążenie między górami lodowymi różnej wielkości, zwieńczone widokiem na trzy pływające humbaki, to uczucie absolutnego szczęścia. Natura w swojej najczystszej postaci – bezwarunkowo piękna, niczym nieskażona, dziewicza, mająca jednak swoje mroczne oblicze. I to poczucie jak uprzywilejowani jesteśmy mogąc przez nano sekundę doświadczać tego wszystkiego. Gęsia skórka to przy tym pikuś.
Humbaki opóźniły nasz powrót do portu, ale … czego się nie robi dla humbaków. Widzieliśmy ich już sporo w życiu, ale nigdy nie będzie dosyć.
Szybka kolacja i docieplenie się i ruszamy na zachód słońca w Zatoce Disko. Tym razem płyniemy z Wilhelmem, holenderskim osadnikiem w Grenlandii, który próbuje nas przekonać, że zmiany klimatu tu biznesowa bujda. Jak się nałoży filtr na jego osobiste poglądy, to mówi ciekawie o lodowcu Sermeq Kujaleq, życiu na Grenlandii i samych górach lodowych. Do tego wszystkiego spektakl światła jaki funduje nam zachód słońca na góry lodowe. Spełnienie oczekiwań jest absolutne.
Poznaliśmy bardzo fajnych ludzi, zobaczyliśmy miejsca, które kradną kawałek duszy i utwierdziliśmy się w przekonaniu, że naszą następną lodową destynacją będzie … najbardziej południowy kontynent.
@Mireczko, dziękujemy za kolejną wspaniałą podróż razem. Love you!!!






