W ucieczce przed burzą
Dzisiejsze plany wyprawowe zdeterminowały trzy czynniki.
Po pierwsze zmęczenie po wczorajszym Krivaniu. Jakby nie było, wejście i zejście zajęło nam ponad 7 godzin, a odpoczynku podczas drogi było niewiele.
Po drugie konieczność wejścia do Chaty pod Rysami w dniu jutrzejszym.
Po trzecie pogoda. Prognozy były naznaczone burzami, a nasz oryginalny plan zakładał wejście na Bystrą Ławkę, gdzie są metalowe ułatwienia. W warunkach walących piorunów zamiast bezpieczeństwa, te niosą ogromne ryzyko porażenia. Czas pokaże, że nasze obawy nie były bezzasadne.
Wychodzimy z hostelu ok 7.30. Zmierzamy do wyciągu krzesełkowego, dzięki któremu pokonamy pierwsze 500 metrów wzniesienia. Kolejka startuje dopiero od 8.30, więc mamy jeszcze czas na pyszną słowacką herbatę. Ta się wpisuje idealnie w moją potrzebę ciepła, albowiem przesadziłam dziś z ubiorem. Krótkie spodenki i krótki rękaw w 12 stopniach, to nawet ekstremalne jak dla Fibaka. Ubieram na siebie wszystko co mam, bieliznę termoaktywną, spodnie przeciwdeszczowe (mając nadzieje, że się w nich ugotują moje nogi), kurtkę, czapkę, rękawiczki. Nie wystarcza to jednak na dwu-i-pół-kilometrową trasę wyciągu. Na górę dojeżdżam zmarznięta.
Pamiętając nasze doświadczenia z kolejki Hala-Kasprowy, wyskakujemy z krzesełka gdy tylko nasze nogi dotykają ziemi. Końcowa stacja kolejki to dwa budynki. Bar Bivac oraz Chata pod Soliskiem, czyli najmłodsze schronisko w Tatrach. Według planu mamy w nim spędzić poniedziałkową noc. Jak się okaże później, w niezwykle romantycznej scenerii. Na stołach restauracyjnych …
Swoje kroki kierujemy jednak na czerwony szlak, który wprowadza na szczyt Predne Solisko. TANAP podaje godzinę treku, co wydaje nam się nieco zawyżone, biorąc pod uwagę „tylko” 290 metrów przewyższenia. Nie podali, że te 290 m robi się na 830 metrach, co daje 35% stopni nachylenia terenu. Szlak stanowią kamienne schody. Bardzo wysokie schody, przy których trzeba wysoko podnosić nogi i cztery litery. A te mają w sobie sporo kwasu mlekowego z wczoraj, więc nie przychodzi mi to z łatwością, a już na pewno nie z gracją antylopy.
Ale idziemy dzielnie. Szlak wiedzie zakosami po ostrym zboczu. Gdy kończy się gęsta kosodrzewina, zaczyna się teren skalny. Ostre turnie, turniczki, urwiska, to wszystko co obserwujemy od tego momentu. Mgła, która towarzyszy nam mniej więcej od połowy zdobytej wysokości, potęguje mroczną czeluść, której istnienia jesteśmy świadomi po prawej stronie naszego szlaku. Ostatecznie po 50 minutach wchodzimy na szczyt. Przed nami tylko grupa emerycka, za nami jeden Czech, więc można uznać, że szczyt mamy w zasadzie dla siebie.
Mgła spowija wszystko. Nie ma szans na widok poza czubkiem własnego nosa. I nagle pojawia się słońce. To dość osobliwe wrażenie. Jakby nienaturalne i niepasujące. Łukasz wspomina o Brockenie. Tego zjawiska nikt nie chce zobaczyć. Słońce rzuca cień człowieka na chmury, które są położone niżej. Panuje przesąd, że ten kto ujrzy zjawisko Brockenu, pozostanie w górach na zawsze. Zobaczenie zjawiska trzy razy odczynia urok. A zatem po raz pierwszy od dawna, mamy z Łukaszem sprzeczne interesy. Ja nie chcę tego zobaczyć, a on próbuje od wielu lat odczynić urok 🙂
Kompromisem jest czas na zdjęcia, zjedzenie kanapki i wypicie kubka gorącej herbaty, bez której nie ruszamy się w żadne góry. A potem schodzimy.
Na zejściu, prowadzimy konwersację:
- wybrałam sobie zły plecak w góry…
- zobaczyłaś jakiegoś fajnego Mammutka?
- nie, Michaelka 🙂
Zostałam zbesztana przez męża, że drę łacha z dziuni-niuni, która weszła tu w trampeczkach i plecaku Michaela Korsa (bo najważniejsze, że jej się chciało, nawet jeśli makijaż spływa po przerwie między pośladkami), po czym karnie i bez słowa kontynuuję marsz w dół.
Okazało się, że wybraliśmy dobry moment na wejście, albowiem teraz szlak wejściowy jest oblężony przez turystów wszelkiej maści, a rozpiętość wieku waha się od 10 do 70 lat 🙂
W Chacie pod Soliskiem zjadamy kapustovą polevkę po czym niebieskim szlakiem schodzimy do Skutnastej Polany, która otwiera nam Dolinę Furkotną. Z tego poziomu widzimy jak gęste chmury spowiły Szczyrbskie Pleso, które jeszcze przed chwilą było widoczne w całości. Pogoda najwyraźniej chwilowo wariuje.
Dochodzimy do Szczyrbskiego Plesa w ciągu godziny z hakiem. Przyspieszamy, albowiem za nami podąża burza. Groźna i bliska biorąc pod uwagę natężenie i decybele jej pomruków. Chowamy się w Restauracji u Lenki, gdzie za 10 euro jemy dwudaniowy obiad, w tym wymarzone przez Fibaka knedliki, i wracamy do hostelu.
Burza nie przychodzi od razu na Słowację. Zatrzymuje się na dłużej po polskiej stronie, doprowadzając do tragedii w okolicach Giewontu 🙁
Tutaj pojawia się dopiero ok. 16 razem z ulewnym deszczem. Mam nadzieję, że ta para nie zweryfikuje naszych dalszych górskich planów.




























Komentarze (3)
Trampki. Może już robią jak sandały z podeszwą z wibramu. Znam faceta który ma na koncie 8 tysięcznik nawet a po Tatrach chodzi w niskich butach bo mu wygodniej. Placek od tego Corsale ( właśnie się dowiedziałem że jest coś takiego) może to seria górska?
Nie ma nic złego w niskich butach o ile mają dobrą podeszwę. Dla mnie odpada bo moje kostki by tego nie przeżyły. Mnie osobiście wkurza i to bardzo, taka nonszalancja w górach i brak myślenia. Niestety nie zawsze da się coś zrobić na zasadzie „hold my beer”, a często niestety widzimy takie przypadki, gdzieś zaklinowane już na szlaku.
Trampki. Może już robią jak sandały z podeszwą z wibramu. Znam faceta który ma na koncie 8 tysięcznik nawet a po Tatrach chodzi w niskich butach bo mu wygodniej. Placek od tego Corsale ( właśnie się dowiedziałem że jest coś takiego) może to seria górska?