Dziś ruszamy w góry, na Halę Gąsienicową do Betlejemki, gdzie pod okiem instruktorów Polskiego Związku Alpinizmu będziemy uczestniczyć w kursie lawinowym i zimowej turystki wysokogórskiej. A wiec trochę jak nowy rozdział naszych górskich eskapad, albowiem otwierający przed nami możliwości eksploracji Tatr, tudzież innych gór zimą.
Z domu ruszyliśmy jednak o 6, mimo iż rozważaliśmy wyjazd jeszcze wczoraj, przerosło nas jednak pakowanie, w efekcie którego i tak zapomnieliśmy zegarka i scyzoryka. Trasa pusta. Do Zakopanego dojechaliśmy w 5 godzin. Już od wczoraj wiedzieliśmy, że nasz chytry pomysł zdobycia wysokości za pomocą kolejki na Kasprowy spalił na panewce, albowiem silny wiatr wiejący od kilku dni unieruchomił ten środek transportu.
Zaparkowaliśmy wiec nasze auto w Brzezinach, skąd czarnym szlakiem ruszyliśmy w kierunku Hali Gąsienicowej. Szlak nie był wymagający, długi, 8 km, ale non stop pod górę. Z uwagi na mój bark, dźwigający ok 10 kg na plecach robiliśmy sobie przestoje, które wykorzystywaliśmy również na zdjęcia i uzupełnianie płynów.
Ok. 15.00 zameldowaliśmy się w Murowańcu. Kwaśnica i grzane wino rozgrzały nas, choć pogoda pozwoliła na podejście przy jedynie trzech warstwach odzienia. Musiało więc być ciepło. Wraz z wysokością temperatura malała, ale podnosiło się również nachylenie stoku, wiec ciepłota ciała została na tym samym poziomie.
W Murowańcu jak w ulu. Cudem znaleźliśmy miejsce do siedzenia. Widać, że mnóstwo ludzi korzysta z rozmaitych kursów chcąc podnieść poziom własnych umiejętności. I to w sumie jest pozytywne. Więcej myślących i świadomych ludzi, więcej bezpieczeństwa w górach. A te przecież potrafią zebrać krwawe żniwa.
Następnie udaliśmy się do naszego miejsca docelowego. Betlejemki. Od Murowańca dzieli ją ok. 5 min marszu pod górę. Warunki spartańskie, wszędzie zapach ludzi, którzy oddali siódme poty podczas rozmaitych aktywności. Piękne jest jednak to, że każdy jest mega wyluzowany. Nikt na nikogo krzywo nie patrzył, nikt nie ocenia i pomimo że byliśmy „nowi” w towarzystwie, to wcale tego nie czuliśmy.
Ogarnęliśmy się nieco po wybraniu łóżek w 23 osobowej sali.
Prysznic dobrze nam zrobił, a głównie Fibakowi, z którego wychodziły jeszcze resztki piątkowej śliwowicy.
Wieczór w hali schroniska, z naleśnikami i grzanym winem 🙂
Nabieramy sił, bo od jutra czeka nas już tylko wysiłek, ale i mega radocha z faktu przebywania w górach.



















Komentarze (2)
Na tym ostatnim zdjęciu to zajączek myk, myk ślady zrobił czy może ktoś inny :))
To nie wyglądało na zajączka, to były konkretne odciski śladów.