W sumie najkrócej tak właśnie można by opisać dzisiejszy dzień. A jednak przyniósł nam kilka nieoczekiwanych sytuacji.
Pierwszego zonka zaliczyliśmy na rodzimym lotnisku w Warszawie, gdzie nadawszy bagaż rejestrowany i przeszedłszy do strefy kontroli, nasze kijki trekkingowe zostały uznane za narzędzie zbrodni i zakazano nam wniesienia ich na pokład. Na pytanie co zrobić, mądry pan z wyoutsourcingowanej firmy kontrolerskiej zasugerował nadanie pocztą. I najgorsze jest to, że znów, zawsze tam gdzie przepisy nie dają jasnej wykładni, wiele zależy od interpretacji człowieka. Na szczęście Łukasz okazał sie najwłaściwsza osoba do załatwienia tej sprawy, albowiem używając swojego niskiego tembru głosu i nieodpartego uroku, sprawił, ze stewardessa SAS nie tylko nadała to jako bezpłatny niestandardowy bagaż kabinowy to jeszcze zorganizowała Łukaszowi strecz i worek. Podziwiam go za te jego umiejetność rozmowy z urzędnikami 😉
Sam lot do Oslo bardzo spokojny. Na pokładzie zakupiliśmy Travel Kit czyli whisky z colą. Tak, było już po południu, a dokładnie 12.05. Można się więc zrelaksować po szybkim poranku naznaczonym logistyką i pakowaniem. Lot mija szybko i po dwóch godzinach lądujemy na Gardermoen (Oslo). Mamy dwie godziny czekania na lot do Bodo, które wykorzystujemy na uzupełnienie zapasów w żołądku. Łukasz decyduje się na tradycyjne danie norweskie, czyli kurczaka curry. Ja zostaję przy kanapce z jajem. Czas mija szybko i już o 15.30 siedzimy w kolejnym samolocie należącym do linii lotniczej SAS.
Lot z Oslo do Bodo daje nam możliwość przelotu na prawie całej długości Norwegii, a tym samym obserwacji zmieniających się krajobrazów. Okolice Oslo są porośnięte zielonymi lasami z wyraźnie odznaczonymi ośrodkami miejskimi, porozcinane licznymi jeziorami i rzekami. Im dalej na północ obraz jest coraz bardziej surowy. Ziemia się marszczy i wypiętrza, a w zagłębieniach i górskich kuluarach widać jeszcze śnieg. Od tej pory śnieg jest już stałym elementem krajobrazu – to ten moment, gdy żałujemy, że jednak nie wzięliśmy raków. W górskich dolinach skrzą się jeziora. Im wyżej położone, tym ich stan jest bardziej stały niż płynny.
Lądujemy po 17.00. Lotnisko jest małe ale tętniące życiem.
Odbieramy bagaże i wychodzimy na zewnątrz, w poszukiwaniu taksówki, jak się za chwilę okaże najdroższej w naszym życiu. 2 km odcinek kosztował nas 80 złotych – witamy w Norwegii. Myślę, że w drodze powrotnej skorzystamy z uprzejmości własnych mięśni. W końcu to jedyne znane mi natenczas miasto, które ma na planie zaznaczoną trasę spacerową z lotniska do centrum. Sympatyczny taksówkarz podwiózł nas do restauracji oraz wskazał przystań, z której odchodziły promy, ale akurat nie nasz. Od czego ma się język oraz nowa nawigację Garmina GPSMAP 64s.
W restauracji Egon spędzamy kilkadziesiąt minut, w części przeznaczając je na konsumpcję burgera i carbonary. Przy tej okazji Łukasz stworzył podwaliny projektu „Save my budget in Norwegia” i nastawił się na Lyo Foody. Sporo racji w tym podejściu, zwłaszcza że jakość jedzenie liofilizowanego jest o niebo lepsza niż burger, którego zjadłam. Będę go wspierać w tym projekcie 🙂
Ok. 19.30 opuszczamy przytulną restaurację i spacerkiem idziemy w kierunku portu. Prom czeka na nas, a my na sygnał, że można się ładować do środka. o 20.45 siedzimy już wygodnie w fotelach z widokiem na Morze Norweskie i podziwiamy piękny zachód słońca, po którym wcale nie nastaje ciemność. Taki urok północy za kołem podbiegunowym.
Do Moskenes przybijamy równo o północy. Znajdujemy nasze auto, małego białego Nissana, i ruszamy w 7km drogę w kierunku Reine. W sumie z łatwością znajdujemy dom, wejście, klucz i pokój. Zasłaniamy rolety, które mają sprawić, że poczujemy namiastkę nocy, nalewamy po szklaneczce Jamesona dla rozluźnienia i odpływamy w objęcia Morfeusza, każde na swoim łóżku 🙂
Podróżowanie po Norwegii to konieczność przyzwyczajenia się do innych standardów. Weźmy chociażby wynajem pokoju czy auta. Rozumiem, że przyjeżdżamy po północy, a w Skandynawii się nie pracuje w takich godzinach, zwłaszcza w niedzielę, ale zostawienie otwartego domu czy kluczyków w aucie, które samo czeka na Ciebie w przystani promowej, jest dla nas Polaków, mentalnie nie do ogarnięcia. Mnie już przez myśl przeszło milion myśli, czy ktoś tego auta nie gwizdnie nam sprzed nosa. Skoro jednak Norwegowie tak robią, to znaczy, że nic się nie dzieje, ludzie są uczciwi i zapewne liczą na to samo.






